Jeszcze przed chwilą w bocznych lusterkach migotał nam głęboki błękit Adriatyku, a w głowach wciąż wybrzmiewał gwar zatłoczonego Stradun w Dubrowniku. Południowa Dalmacja, ze swoją dopieszczoną, niemal filmową scenografią, pożegnała nas zapachem pinii i słonym wiatrem. Jednak gdy tylko koła naszego samochodu zaczęły wspinać się serpentynami w górę, w stronę przejścia granicznego w Ivanicy, czuliśmy, że zostawiamy za sobą coś więcej niż tylko chorwackie wybrzeże. Zostawialiśmy tam beztroski klimat wakacyjnego kurortu, by wjechać w głąb lądu – w serce Bałkanów, które bije w zupełnie innym, bardziej surowym rytmie.

Przekroczenie granicy z Bośnią i Hercegowiną to moment, w którym zmiana jest niemal namacalna, choć trudna do uchwycenia w jednym kadrze. To nie jest kwestia innej roślinności czy gwałtownej zmiany pogody. To zmiana atmosfery. Gdy szlaban uniósł się w górę, a my ruszyliśmy w stronę Trebinje, krajobraz stał się bardziej szorstki, kamienisty. Idealnie gładki asfalt ustąpił miejsca drogom, które pamiętają wiele, a przydrożna architektura zaczęła opowiadać zupełnie nową historię.
Bośnia i Hercegowina nie wita turystów z otwartymi ramionami „all inclusive”. Ona wita ich autentycznością, która czasem bywa trudna, ale zawsze jest fascynująca.

Ten etap naszej bałkańskiej podróży miał być inny: głębszy, bardziej refleksyjny, momentami słodko-gorzki. Zamiast szumu fal, czekał nas szum rzek o nierealnie turkusowym kolorze i echa historii, która wciąż jest tu żywa. Zapięliśmy pasy, wzięliśmy głęboki oddech i ruszyliśmy przed siebie, gotowi na to, co Bośnia ma nam do opowiedzenia. A ma do powiedzenia bardzo wiele.
Tu historia dzieje się naprawdę
Podróżując przez Bośnię, musimy wspomnieć o jednym. Wjeżdżając do Bośni i Hercegowiny, wjeżdża się do żywego muzeum historii Europy. To tutaj, na styku Wschodu i Zachodu, przez wieki ścierały się wpływy osmańskie i austro-węgierskie. Meczety stoją tu obok kościołów katolickich i cerkwi prawosławnych, a nawołania muezzina mieszają się z biciem dzwonów.

Oczywiście, nie da się podróżować po tym kraju, ignorując cienie wojny z lat 90. Ślady po kulach na elewacjach budynków wciąż są widoczne, a „róże Sarajewa” (wypełnione czerwoną żywicą leje po pociskach) przypominają o tragedii oblężenia. Jednak to, co uderzyło nas najbardziej, to nie smutek, a niesamowita witalność i gościnność mieszkańców. Bośnia to kraj, który mimo blizn, tętni życiem, zapachem kawy i zielenią gór.
Oto jak spędziliśmy tu 4 intensywne dni w drodze do Serbii.
Dzień 1
Trasa: Trebinje – Monaster Tvrdoš – Počitelj – Medziugorie
Łączny dystans: ok. 120 km
Czas samej jazdy: ok. 2,5 – 3 h (drogi są malownicze, ale kręte)
Trebinje – nieoczywisty początek
Dlaczego Trebinje? Bo to idealny „bufor” po zatłoczonym Dubrowniku. Położone zaledwie 30 km od morza, miasto wydaje się leżeć w innej epoce. To tutaj poczuliśmy pierwszy, prawdziwy oddech prowincjonalnych Bałkanów.


Sercem miasta jest plac pod platanami. To nie metafora – gigantyczne drzewa dają cień całemu rynkowi, tworząc naturalny dach nad dziesiątkami stolików kawiarnianych. Spacer po Starym Mieście (Kastel) zajął nam niespieszną godzinę. Nie ma tu spektakularnych muzeów, jest za to klimat: kamienne uliczki, rzeka Trebišnjica z zabytkowym mostem Arslanagicia i poczucie, że nikt nigdzie się nie spieszy. To najlepsze miejsce na pierwszą bośniacką kawę i wymianę waluty.
Ciekawostka: Most… podróżował! Oryginalnie stał kilka kilometrów dalej w górę rzeki. Kiedy budowano tamę hydroelektrowni, mostowi groziło zalanie. Zdecydowano się go rozebrać kamień po kamieniu, ponumerować każdy element i złożyć na nowo w obecnym miejscu (bliżej centrum). Ta operacja trwała kilka lat!
Monaster Tvrdoš
Zaledwie kilka kilometrów za Trebinje zrobiliśmy krótki, ale ważny przystanek. Monaster Tvrdoš to miejsce, gdzie duchowość spotyka się z… winiarstwem. XV-wieczny klasztor prawosławny, zawieszony na skałach nad rzeką, słynie z produkcji doskonałego wina Vranac.



Mnisi kultywują tu tradycję winiarską sięgającą stuleci. Warto zajrzeć do starych piwnic, gdzie zapach dębowych beczek miesza się z zapachem kadzideł. Dla nas było to ciekawe zderzenie sacrum z codzienną pracą. Cała wizyta, łącznie z szybką degustacją i zakupem butelki „na wieczór”, zajęła nam około 45 minut. Pamiętajcie o skromnym stroju (zakryte ramiona i kolana) – to wciąż aktywne miejsce kultu.

Počitelj – kamienna perełka
Jadąc dalej na północ, dotarliśmy do miejsca, które wygląda jak scenografia filmowa, choć jest w 100% autentyczne. Počitelj to miasteczko-muzeum, przyklejone do stromego zbocza nad rzeką Neretwą. To tutaj architektura osmańska zachowała się w niemal nienaruszonym stanie.


Zwiedzanie Počitelj to w praktyce… wspinaczka. Kamienne schody prowadzą w górę, mijając meczet Hadži-Alija, aż do ruin twierdzy górującej nad doliną. Podejście w upalny dzień bywa wyzwaniem, ale widok z wieży zegarowej na meandrującą w dole turkusową Neretwę wynagradza każdą kroplę potu. To jedno z tych miejsc, gdzie aparat właściwie sam robi zdjęcia. Spędziliśmy tu około 1,5 godziny, gubiąc się w labiryncie kamiennych domów.



Medziugorie – duchowy przystanek
Dzień zakończyliśmy w miejscu, które budzi skrajne emocje. Medziugorie to fenomen. Nawet jeśli, tak jak my, podróżujecie bardziej krajoznawczo niż pielgrzymkowo, warto się tu zatrzymać, by zrozumieć skalę tego zjawiska.

Wjazd do miasteczka to zderzenie z komercją – niezliczone sklepy z dewocjonaliami mogą przytłaczać. Jednak im bliżej kościoła św. Jakuba, tym atmosfera się zmienia. Jest tu wyczuwalny spokój i skupienie tysięcy ludzi z całego świata. Wieczorny spacer pod kościołem, gdy tłum cichnie, robi wrażenie niezależnie od wyznania. Logistycznie to też świetna baza wypadowa – duża baza noclegowa i łatwy parking sprawiają, że to wygodny punkt na nocleg przed kolejnym dniem pełnym wrażeń.


Dzień 2
Trasa: Wodospady Kravica – Blagaj – Mostar
Łączny dystans: ok. 75 km
Czas samej jazdy: ok. 1,5 – 2 h (krótkie odcinki, trasa bardzo komfortowa)
Po spokojnym poranku ruszyliśmy dalej. Ten dzień zaplanowaliśmy na zasadzie kontrastu: rano chcieliśmy schłodzić się w naturze, by popołudnie i wieczór poświęcić miejscu, które jest symbolem całych Bałkanów.
Wodospady Kravica – prysznic z natury
Zaledwie 20 minut jazdy od Medziugoria (i blisko granicy z Chorwacją) trafiliśmy do naturalnego amfiteatru. Wodospady Kravica często nazywane są „małą Niagarą” i choć skala jest inna, wrażenie – piorunujące. Woda spada tu szerokim łukiem z wysokości 25 metrów, tworząc szmaragdowe jezioro.


Dojazd jest prosty, a duży parking przed wejściem (płatny) pomieści każdego. Do samych wodospadów trzeba zejść ścieżką w dół (lub zjechać turystyczną kolejką, ale spacer jest przyjemniejszy).
Na miejscu spędziliśmy około 2 godzin, mocząc nogi i robiąc zdjęcia z drewnianej kładki, która pozwala podejść naprawdę blisko żywiołu.
Nasza rada: Warto być tu rano, zanim zjadą się autokary z Dubrownika. Jeśli jesteście tu latem, stroje kąpielowe są obowiązkowe! Kąpiel pod samym wodospadem to przeżycie ekstremalne – woda jest lodowata nawet w sierpniu, ale daje niesamowite orzeźwienie.
Blagaj – mistycyzm pod skałą
Kolejny przystanek to miejsce, gdzie natura dosłownie przytłacza człowieka swoją potęgą. Blagaj słynie z dwóch rzeczy: źródła rzeki Buny (jedno z największych w Europie wywierzysk krasowych) i przyklejonego do skały klasztoru Derwiszów (tekke).


Widok jest surrealistyczny: gigantyczna, pionowa ściana skalna, z której wnętrza wypływa lodowata, granatowa rzeka, a tuż obok stoi biały, delikatny dom z drewnianymi krużgankami. Zwiedzanie wnętrza tekke (pamiętajcie o chustach i zakrytych ramionach – są dostępne przy wejściu) to podróż do świata islamskiego mistycyzmu. Skrzypiące podłogi, perskie dywany i widok z okna wprost na pędzącą wodę tworzą atmosferę absolutnego spokoju. Po zwiedzaniu usiedliśmy w jednej z restauracji nad samą wodą. Kawa po bośniacku w takim otoczeniu smakuje wybornie, choć szum wody jest tak głośny, że trudno rozmawiać. To był idealny moment na złapanie oddechu przed Mostarem.


Mostar – serce Bośni i Hercegowiny
Do Mostaru wjechaliśmy późnym popołudniem i to była najlepsza możliwa decyzja. To miasto to esencja Bośni – blizny po wojnie sąsiadują tu z odbudowanym pięknem.
Pierwsze kroki skierowaliśmy oczywiście na Stary Most. Kiedy stanęliśmy na jego śliskim jak lód kamieniu (uwaga na obuwie!), czuliśmy ciężar historii. Zburzony w 1993 roku, odbudowany w 2004, jest czymś więcej niż przeprawą – to symbol połączenia, ale i wciąż żywych podziałów. Mieliśmy szczęście zobaczyć skok lokalnego śmiałka do Neretwy – tradycję kultywowaną tu od wieków.


Resztę dnia spędziliśmy, gubiąc się w Kujundžiluku – starej czarsziji pełnej warsztatów rzemieślniczych, zapachu grillowanych ćevapi i kolorowych lamp.
Wskazówka logistyczna: Koniecznie zostańcie w Mostarze na noc! Gdy po 18:00 wyjeżdżają jednodniowi turyści, miasto zmienia oblicze. Most jest pięknie podświetlony, w knajpkach zaczyna grać muzyka na żywo, a tłum znika. To wtedy Mostar jest najprawdziwszy. Kolacja z widokiem na oświetlony łuk mostu to jeden z tych momentów, dla których warto podróżować.
Dzień 3
Trasa: Ramsko Jezero – Jajce – Mlinčići
Łączny dystans: ok. 170 km
Czas samej jazdy: ok. 3,5 – 4 h (uwaga: drogi są bardzo kręte i górzyste, średnia prędkość spada!)
Trzeciego dnia pożegnaliśmy śródziemnomorski klimat Hercegowiny i ruszyliśmy w góry, do serca „prawdziwej” Bośni. To był dzień, w którym asfalt wił się jak wstążka, a widoki za szybą samochodu sprawiały, że co chwilę mieliśmy ochotę się zatrzymać. Jeśli szukacie tego słynnego „dzikiego” klimatu Bałkanów – znajdziecie go właśnie na tym etapie.
Jezioro Ramsko – pełna pętla wokół jeziora
Jezioro Rama (Ramsko Jezero) to miejsce, które często jest pomijane przez turystów pędzących prosto do Sarajewa. Błąd! My postanowiliśmy nie tylko tu zajechać, ale objechać zbiornik dookoła. To była jedna z najlepszych decyzji tego wyjazdu.

Dlaczego pętla? Bo widoki zmieniają się tu za każdym zakrętem. Droga wokół jeziora jest wąska (momentami na jedno auto, trzeba uważać na mijanki!), ale w dobrym stanie i w całości asfaltowa. Z perspektywy trasy jezioro wygląda nierealnie – wyspy i półwyspy o niesamowitych, obłych kształtach wrzynają się w taflę wody, tworząc krajobraz, który wygląda jak wygenerowany komputerowo.

Panuje tu absolutna cisza. Nie ma straganów, hoteli-molochów czy tłumów z aparatami. Jest tylko natura i spokój. Punktem obowiązkowym jest zjazd na półwysep Šćit, gdzie znajduje się klasztor Franciszkanów. Z daleka wygląda, jakby unosił się na wodzie. Spacer po przyklasztornym ogrodzie z rzeźbami, przy akompaniamencie szumu wiatru, to idealny moment na reset głowy. Na spokojny objazd pętli i spacer przy klasztorze warto zarezerwować ok. 2-2,5 godziny.


Jajce – miasto wodospadów i królów
Dalsza droga na północ, kanionem rzeki Vrbas, doprowadziła nas do Jajce – dawnej stolicy bośniackich królów. To miasto jest ewenementem na skalę światową. Dlaczego? Bo to chyba jedyne miejsce, gdzie potężny, 20-metrowy wodospad znajduje się w ścisłym centrum miasta!


Huk spadającej wody słychać zanim jeszcze się ją zobaczy. Wodospad, gdzie rzeka Pliva wpada do Vrbasu, robi kolosalne wrażenie – woda rozpyla się tak mocno, że stojąc na platformie widokowej, po chwili byliśmy mokrzy (darmowy prysznic w upalny dzień – bezcenne). Ale Jajce to nie tylko woda. To kawał historii.
Nad miastem góruje średniowieczna twierdza. Wspinaczka stromymi uliczkami Starego Miasta zajęła nam około 20 minut, ale widok z murów na całą dolinę i czerwone dachy domów jest wart zadyszki. Czuć tu ducha dawnego królestwa – to tutaj koronowano ostatniego króla Bośni, Stefana Tomaszevića.

Praktycznie: Zwiedzanie Jajce (wodospad + twierdza + krótki obiad) zajęło nam około 3 godzin. To miasto jest kompaktowe, ale intensywne w odbiorze.
Mlinčići – bajkowe młyny na wodzie (Bonus)
Będąc w Jajce, grzechem byłoby nie podjechać 5 kilometrów dalej, nad jeziora Plivsko. To tam znajduje się miejsce wyjęte prosto z baśni – kompleks małych, drewnianych młynów wodnych (Mlinčići).


Wyglądają jak wioska krasnoludków albo scenografia do „Hobbita”. Dwadzieścia małych chatek na dębowych palach stoi pośród kaskad, gdzie woda przelewa się z Wielkiego do Małego Jeziora Plivsko. Niektóre z nich mają ponad 400 lat! Choć dziś już nie mielą mąki, spacer drewnianymi kładkami między nimi, przy akompaniamencie szumiącej wody, to czysta magia.



Wskazówka: To idealne miejsce na piknik. Wokół jest park, ławki i dużo cienia. Warto tu odetchnąć przed dalszą podróżą.
Dzień 4
Trasa: Sarajewo (centrum + Tunel Spasa) – Rezerwat Skakavac – Višegrad – Granica z Serbią
Łączny dystans: ok. 130 km (plus dojazd do wodospadu)
Czas samej jazdy: ok. 2,5 – 3 h (ale doliczcie sporo czasu na wyjazd z Sarajewa i dojazd leśną drogą pod wodospad)
Ostatni dzień w Bośni i Hercegowinie to prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Z jednej strony chcieliśmy chłonąć atmosferę stolicy, z drugiej – góry wzywały, a przed nami była jeszcze droga do serbskiej granicy. To był dzień intensywny, ale idealnie domykający naszą bałkańską pętlę.
Sarajewo – miasto, które zostaje w sercu
Sarajewo to nie jest po prostu kolejne miasto do „zaliczenia”. To miejsce, które się czuje. Nasz czas był ograniczony, więc zamiast biegać po muzeach czy jechać na obrzeża do słynnego tunelu, postanowiliśmy po prostu „być” w centrum i chłonąć ten niezwykły klimat.

Zaczęliśmy na Baščaršiji – osmańskim starym mieście. Zapach świeżo mielonej kawy z tygielka miesza się tu z dymem grillowanych ćevapi (ponoć najlepszych na Bałkanach!) i słodyczą baklavy. Stanęliśmy w punkcie „Sarajevo Meeting of Cultures”. To linia na chodniku, gdzie dzieje się magia: patrząc w jedną stronę, widzisz minarety i niską zabudowę Wschodu, a obracając się o 180 stopni – dostojne, austro-węgierskie kamienice Zachodu. Jeden krok przenosi Cię o stulecia i kontynenty.


Choć nie zagłębialiśmy się w muzea, historia i tak nas dopadła. Ślady po kulach na elewacjach budynków w samym centrum czy cmentarze na wzgórzach otaczających miasto to wystarczająco mocne przypomnienie o tym, co działo się tu w latach 90. Sarajewo jest piękne, ale jest to piękno naznaczone bliznami.

Nasza rada: Wypijcie powoli bośniacką kawę w jednej z uliczek, zjedzcie burka z jogurtem i po prostu popatrzcie na ludzi. To wystarczy, by zrozumieć ducha tego miasta.
Wodospad Skakavac – ucieczka w chmury
Zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum Sarajewa uciekliśmy w zupełnie inny świat. Wodospad Skakavac to 98 metrów spadającej wody – jeden z najwyższych na Bałkanach.


To punkt dla osób, które lubią aktywność i mają zapas czasu. Dojazd autem pod sam szlak bywa wyzwaniem (droga szutrowa, miejscami wyboista – niskie zawieszenie może mieć problem, wtedy trzeba zostawić auto niżej i podejść ok. 40 min). Sam spacer pod wodospad to krótki trekking przez las, w którym panuje niesamowita cisza. Widok cieniutkiej strugi wody rozpylającej się w mgłę na tle potężnej, zielonej ściany skalnej jest hipnotyzujący. To idealny detoks po gwarze stolicy, choć trzeba na to przeznaczyć min. 2-3 godziny.
Višegrad – most na Drinie i kamienna wizja reżysera
Naszym ostatnim przystankiem przed granicą z Serbią był Višegrad. Przyjechaliśmy tu dla jednego widoku, który zna każdy miłośnik literatury i historii – Mostu Mehmeda Paszy Sokolovicia.


To ten most, wpisany na listę UNESCO, jest „bohaterem” słynnej powieści noblisty Ivo Andricia „Most na Drinie”. Kamienna konstrukcja z XVI wieku, z 11 eleganckimi łukami, przerzucona przez szmaragdowe wody Driny, wygląda o zachodzie słońca zjawiskowo. Spacer po moście to jak spacer po grzbiecie historii. Nie ma tu tłumów, jest za to melancholia i piękno.
Ale Višegrad ma też drugą, zaskakującą twarz. Tuż obok mostu, na cyplu w widłach rzek Driny i Rzav, trafiliśmy do Andrićgradu (Kamiennego Miasta). To nie zabytek, lecz współczesny projekt słynnego reżysera Emira Kusturicy. Miasteczko, wybudowane od zera w 2014 roku, ma być hołdem dla Ivo Andricia i łączyć style historyczne – od Bizancjum po klasycyzm. Wrażenie jest specyficzne – spacerując tam, czuliśmy się trochę jak na planie filmowym. Wszystko jest z kamienia, ładne i zadbane, ale w kontraście do autentycznego, starego mostu, wydaje się nieco sztuczne. Mimo to, warto tam zajrzeć, choćby po to, by zobaczyć ten architektoniczny eksperyment.


To był idealny moment na ostatnią bośniacką kawę z widokiem na rzekę i symboliczne pożegnanie z krajem. Stąd do granicy jest już rzut beretem.
Podsumowanie w pigułce
Z ręką na sercu – te cztery dni w Bośni i Hercegowinie były dla nas największym zaskoczeniem całej bałkańskiej wyprawy. Spodziewaliśmy się ciekawych widoków i taniego jedzenia, a dostaliśmy lekcję pokory, historii i gościnności, której nie da się wycenić.
To, co uderzyło nas najbardziej, to autentyczność tego kraju. Bośnia nie udaje. Nie pudruje blizn po wojnie, nie tworzy sztucznych atrakcji pod turystów (może z wyjątkiem kilku punktów). Tutaj życie toczy się swoim rytmem, niezależnie od tego, czy patrzy na nie obiektyw aparatu, czy nie. To kraj kontrastów, gdzie w jednej dolinie słyszysz dzwony kościelne, a w drugiej śpiew muezzina; gdzie zachwycająca natura sąsiaduje z ruinami. Jeśli szukacie na Bałkanach miejsca, które wciąż ma „starą duszę” i nie zostało zadeptane przez masową turystykę tak jak wybrzeże Chorwacji – BiH jest właśnie dla Was.

Nasze wskazówki dla planujących podobną trasę:
- Czas to pojęcie względne: Nie ufajcie bezgranicznie nawigacji. 100 kilometrów w Bośni (przez góry, serpentyny i za ciężarówkami) jedzie się znacznie dłużej niż w Polsce. Planujcie z zapasem – tu naprawdę warto zwolnić.
- Gotówka to król: Choć w marketach i na stacjach zapłacicie kartą, w mniejszych kawiarniach, na parkingach czy bazarach marka bośniacka jest niezbędna.
- Wszędzie tam ,gdzie nie można płacić kartą można zapłacić w euro. Przelicznik jest 1:1 z marką bośniacką.
- Noclegi: My rezerwowaliśmy je z dnia na dzień. Baza noclegowa jest spora, a ceny bardzo przystępne. Często spanie u lokalnych gospodarzy to najlepsza okazja, by porozmawiać o życiu (nawet na migi) i spróbować domowej rakii.
Opuszczając Višegrad i kierując się w stronę granicy, czuliśmy ten specyficzny rodzaj nostalgii, który towarzyszy końcowi dobrej przygody. Szlaban graniczny zamknął za nami etap bośniacki, ale przed nami otwierał się zupełnie nowy świat.
Poznaj naszą całą bałkańską przygodę.

Dodaj komentarz